[ wywiad gazeta wyborcza ]

 

 

 


Małgorzata I. Niemczynska: Troche mam treme...

Monika Drozynska: Dlaczego?

Chce Cię spytać o tyle intymnych rzeczy... Ale Ty przecież sama już się zdecydowałas je odsłonić.

- To nie znaczy, że przestały być intymne. Mierzyłam się z tym tematem przez dwa lata. Gdy usłyszałam, że jestem
chora, od razu wiedziałam, że coś z tym muszę zrobić. Przez ostatnie trzy miesiące nie byłam w stanie myśleć o
niczym innym. Zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam przygotować tę pracę. Czy to dobry kontekst? Czy będę na
tyle mocna, aby wytrzymać wszystko, co może się wokół niej wydarzyć? Potem dochodziły mnie słuchy o wielkiej
dyskusji w całej Polsce. Ale ja nie zabierałam w niej głosu. W wielu medialnych relacjach zabrakło najważniejszego,
czyli tytułu: "Zmiana". Nazwa nadaje pracy wielowątkowości.

Czujesz się potraktowana powierzchownie?

- Wszyscy skupili się tylko na tym, że jakas szopka została wyrzucona z konkursu. Podejrzewam, że niejedną spotkał
taki los. Była zgłoszona na przykład taka zrobiona z paluszków z logo Lajkonika. I to jakoś nie wzbudziło sensacji.
Każdy ma prawo zgłosić pracę, jaką chce, ale dla mnie to oznacza, że za rok może być też szopka Coca-Coli, Nike czy
Żabki.

Zapoznałaś się z regulaminem konkursu?

- Mało tego, zapoznałam się też z cała historią szopek krakowskich. Wybrałam sie m.in. do Anny Szałapak, która jest
autorka wielu tekstów na ten temat. Opowiedziałam jej o swoim pomyśle, była zachwycona. A w ubiegłym tygodniu
pojechała po mnie po całości. To jest fajne, gdy taka praca powstaje, ale tylko jeśli wyląduje potem w Muzeum Sztuki
Współczesnej. Gdy jednak próbuje wejść w szerszy kontekst, niekoniecznie dla wszystkich zrozumiały, to jest wtedy
profanacja. Absurd!

Czego sie dowiedziałas o szopkach?

- Ich tradycja sięga XIX wieku. Pierwsze były robione przez murarzy i robotników, którzy w okresie zimowym nie mieli
pracy z powodu pogody. Robili więc szopki i je sprzedawali. Pózniej tradycja rozwinęła się, powstał konkurs. Od
kilkudziesieciu lat w każdy pierwszy czwartek grudnia pod pomnik Adama Mickiewicza na Rynku Głównym idą
wszyscy, którzy robią szopki - a według regulaminu może je robić każdy w dowolny sposób, nawet wkładając do
środka Kaczora Donalda albo Myszkę Miki. Wraz z hejnałem o godz. 12 zebrani ruszają w pochodzie za człowiekiem
niosacym obracajacą się gwiazdę do Muzeum Historycznego. Tam podpisuje się rewers.

Podpisałaś?

- Podpisałam. Brałam udział we wszystkich tradycyjnych etapach imprezy. A regulamin mówi, ze szopka, nawet jesli
nie zakwalifikuje sie do konkursu, powinna zostać w Muzeum Historycznym do 15 lutego. Ten punkt - jak się okazało -
nie dotyczy jednak mnie. Zostałam poproszona o natychmiastowe zabranie swojej pracy. To przecież śmieszne.
Została potraktowana jak kawałek ciała w domku ze sreberka. W ubiegłym tygodniu pomyslałam sobie: "Nie chcecie
kawałka mojego ciała, wezcie całe!". Przeciez ta praca to metafora. Dlatego podkreslam "Zmiana". To rodzaj
interwencji społecznej. Czy naprawde sztukę współczesną można wystawiać tylko tam, gdzie jest zrozumiała? Nie.
Trzeba to robić tam, gdzie może ona wywołać dyskusję.

Jesteś wierząca?

- Tak, ale nie identyfikuje się z żadną religią.

Jak postrzegasz te zalezność: kawałek nowotworu a ciało nowo narodzonego Chrystusa?

- Trudno mi interpretować własną prace. Mam swoje racje i zależy mi na tym, aby każdy odbiorca wyrobił sobie własne
zdanie. Powiem tylko, że to także rodzaj narodzin. Tak samo jak przyjscie na świat Chrystusa było pewną zmianą, tak
samo moja choroba była ważną zmianą dla mnie. Wykonanie tej pracy i umieszczenie jej w tym własnie kontekście
było dla mnie rozpoczęciem wszystkiego od nowa. Na początku była mysł. Mam przyjaciółke, gorąco wierzacą
katoliczkę, która opisała "Zmiane" słowami: "Słowo stało się ciałem". Nie podpisuje się pod tym, ale taki głos był.

Angażujesz się w prace społeczne, na przykład szyjąc dom kultury, a równoczesnie skupiasz się na intymności, zapraszając w pracy "Łódz/Boat" zwiedzających do własnego domu. Tym razem chodzi więc o
interwencję społeczną czy o prace intymną?

- Jako artystka szukam najlepszych środków, by znaleźć szeroko pojetę ukojenie. Nie będę udawać, że jestem
altruistką, gotową rzucić się pod pociąg, by ratować ludzkość. To jednak ważne, że lecząc sama siebie, staram się też
cos zrobic dla innych ludzi. Ja nie jestem wazna, wazny jest odbiorca. Choc "Zmiana" oczywiscie była dla mnie terapia.
Przestałam się dzieki niej bać. Wczesniej nawet nie chciałam trzymać w domu tego mojego guza w formalinie.
To chyba nie jest zwyczajne, że go dostałaś. Poprosiłaś o niego?

- Tak, zwykle takie rzeczy ladują w koszu. Ja poprosiłam, ale się go bałam. Trzymałam u rodziców. Dopiero teraz
odważyłam się na niego spojrzeć. Przetransportowanie go do mnie było bardzo trudne. Obijał się o ścianki
słoika, miałam wrażenie, ze całe ciało uderza w moją głowę. Zrobiłam dla siebie wielki krok. Moge już o tym mówić.


Co czułaś, gdy dowiedziałaś się o chorobie?

- Wyobraź sobie, ze idziesz do lekarza, kładziesz sie na kozetce, a on ci mówi: "To jest nowotwór". Miałam 27 lat,
wtedy w ogóle nie mysli się o zdrowiu. Rzeczy przyjmuje się takie, jakie są. Gdy dowiadujesz się, ze jesteś chora,
myślisz: "To straszne!". Chcesz rwać włosy z głowy! A potem okazuje się, że to nie tylko nie jest straszne, ale też
może zrobić dużo dobrego.

Jesteś niezwykle pogodna.

- Staram się być, dażę do tego. Mogłabym się denerwować, że odrzucili moja prace, ale lepiej się z tego śmiać. Mąż
przeczytał w internecie: "Odrzucona za raka". No przecież ręce opadają. Idiotyzm.

Nie spodziewałaś się, że Twoja praca zostanie odrzucona?

- Szczerze mówiąc, ważniejsze od konkursu było dla mnie, aby pójść z nią pod Mickiewicza i zmierzyć się z tradycją.
To było dla mnie wielkie wyzwanie emocjonalne. Zrobiłam na tę okoliczność zaproszenia dla rodziny i znajomych.
Czułam się, jakbym szła nago.

"Tradycja jest po to, by ja podtrzymywac" - tak skomentował jeden z jurorów odrzucenie Twojej pracy.

- Lubię i szanuję tradycję. Wybrałam szopki, bo są śliczne. Bardzo podoba mi się kultura ludowa - dużo z niej
korzystam, gdy projektuję ubrania, współpracuje też z góralkami. Marzy mi sie strój krakowski, mam nadzieję, że
dostanę taki pod choinkę. Mogę brać moje dzieci do skansenu, ale mogą one też nosić sportowe bluzy haftowane w
parzenice. Tradycję trzeba podtrzymywać. Nie zgadzam sie jednak, ze tradycja nie ewoluuje. A w Krakowie jest ona
nie do ruszenia i mam tu na myśli przede wszystkim sposób myślenia. Pasuja mi do tej sytuacji słowa Zeruyi Shalev,
które niedawno przeczytałam: "Jesli zaostrzam sytuacje, to nie po to, by sie nad kimkolwiek znęcać, tylko po to, by
pokazać, że ekstremum i przechodzenie przez nie prowadzi jednak do rozwoju". Wierzę, że po mojej pracy nastapi w
koncu zmiana. Jaka? Zobaczymy. W Muzeum Historycznym zmienią pewnie regulamin konkursu.

W polskiej sztuce była juz słynna i skandalizujaca praca, w której tradycja została zderzona z nowotworowa
choroba autorki. Chodzi oczywiscie o "Olimpie" Katarzyny Kozyry.

- Nie znam jej motywów. Być może dla niej to także był rodzaj terapii. A forma? Parafrazując Witkiewicza, nie ma
takich form, w które dałoby się wsadzić człowieka, a co za tym idzie - nie ma takich form, w które dałoby się wsadzić
sztukę. Zreszta rodzaj sztuki, który uprawia Kozyra, nie przekonuje mnie. Cenię jej prace, ale one nie mówia do mnie
tak, jak lubię. "Olimpia" jest jednak bezwzglednie współczesną Olimpią, i to mnie akurat przekonuje.

A gdyby Ci ktoś powiedział: "Zrobiłaś to wszystko dla reklamy!"?

- Jeśli tak uważa, to proszę bardzo.

Skandal jest czymś, co znakomicie przyczynia się do promocji artystów - wystarczy spojrzeć na Dorotę
Nieznalska.

- Skandal był efektem ubocznym, niezamierzonym. Zrobiłam, co zrobiłam, i zrobiłabym to po raz drugi. W "Gazecie
Krakowskiej" napisali, ze przepraszam. Ja za nic nie przepraszam. Nie mam powodu.

Rozmawiała Małgorzata I. Niemczyńska

* Monika Drozynska - urodziła sie w 1979 roku w Nowym Saczu, ukonczyła grafike na Akademii Sztuk Pieknych w
Krakowie. W latach 2002-2004 pracowała nad "Blokiem" - seria zdjec, na których przedstawiła codzienne zycie
mieszkanców losowo wybranego budynku z krakowskiego osiedla. "Łódz/Boat" to z kolei projekt, jaki zrealizowała we
własnych czterech scianach. Jego podstawa jest olbrzymi baner przedstawiajacy morze. Dzieki niemu mieszkanie
zmienia sie w łódz, która byc moze odpłynie. W Galerii Starter zamontowała w ramach okiennych lustra (widok
wywoływał w zwiedzajacych strach). Instalacje "Znak" postawiła w miejscu najwiekszego w historii Wrocławia pozaru.
To drogowskaz wskazujacy trzy polskie wsie: Nadzieje, Nadzieje i Dobra Nadzieje. Ostatnio zaangazowała sie w
szycie z odziezy domu kultury, który ma zastapic likwidowana placówke z Woli Duchackiej. Wraz z Maja Kuczminska
prowadzi Punkt - miejsce, w którym mozna kupic niecodzienne ubrania jej projektu.