[ łódź-boat - rozmowa ]

Owsianka, kaszalot i ...sztuka pływania

Z Moniką Drożyńską rozmawia Grzegorz Bińczycki.

O najnowszym projekcie krakowskiej artystki "łódź/boat" rozmawiamy w jej prywatnym mieszkaniu, na ostatnim piętrze krakowskiej kamienicy, skąd do niedawna rozciągał się przepiękny widok na pobliskie dachy, na Wawel, na bulwary wiślane. Teraz to wszystko przysłoniła "łódź", kaszalot - jak mówi o nim Monika. Za oknem pada deszcz, godzina poranna, na stole pyszna kawa i jeszcze lepsza jajecznica, artystka pochłania owsiankę, "jak byłam mała to uwielbiałam jeść owsianki" - dodaje znad talerza.

- Skąd taki a nie inny tytuł projektu?

- Chciałam osiągnąć maksymalną jednoznaczność w tym co zrobiłam, posłużyłam się dwoma językami, by to podkreślić, nie ma
w tym żadnej gry słów. Użyłam słowa angielskiego "boat", by nikt nie myślał, że chodzi mi o miasto Łódź. Nie chciałam
by kojarzyło się to z miastem, a odniosłam takie wrażenie, gdy we wstępnej fazie projektu rozmawiałam o tym z ludźmi. Słyszałam: "Byłaś w Łodzi?", "Chodzi o Łódź?". Stąd mój pomysł na taką nazwę. Chciałam, by wszyscy, którzy spotkają się z moim projektem, wiedzieli, że chodzi mi o łódź, o obiekt pływający.

- Czym jest dla ciebie "łódź/boat"?

- Formą pewnego żartu, gorzkiego żartu. To jest moje życie. Żartuję przede wszystkim z siebie, z rzeczywistości, nie ma w tym nic złośliwego. To takie moje "puszczenie oka" do ludzi. Do galerii trzeba się wybrać, często pojechać, kupić bilet. A taki projekt jak "łódź/boat" wchodzi sam w przestrzeń miejską, w ulice, w miasto. Ja widzę go codziennie z mojego balkonu.

- Czym jest dla ciebie działalność artystyczna polegająca na tworzeniu projektów?

- To pewnego rodzaju sianie zamętu w rzeczywistości, stawiając wokół tego pytania. Ja stawiam takie pytania. Sztuka ma wiele ról do spełnienia, z projektami jest tak, że każdy ma rację, każda interpretacja jest słuszna. Nie boję się tych odpowiedzi od ludzi. Nie stawiam i nie wymagam od odbiorców jednoznacznej, "słusznej" interpretacji "łodzi/boat".

- O projektach takich artystów jak Rajkowska, Althamer, Sosonowska, mówi się, że zakładają tzw. otwartą narrację. Oznacza to, że sens dzieła, projektu w tym przypadku, konstytuuje się dopiero w reakcji z otoczeniem,
z odbiorcą. Nie ma go wcześniej ustalonego...

- Tak, właśnie o tym mówiłam. To jest mój żart i ja ten żart opowiadam. To jest tak, jak z kawałami; chcę opowiedzieć żart odbiorcom. Jak kawał jest fajny, to pójdzie dalej, ludzie będą go sobie wspólnie opowiadać, śmiać się; a co z tego wyjdzie, tego nie wie nikt...

- Jak to się zaczęło? Jak wpadłaś na pomysł "łodzi/boat"?

- Pewnego letniego popołudnia z mężem siedzieliśmy na naszym balkonie, rozmawialiśmy i siłą rzeczy widzieliśmy ten kaszalot, trudno go nie zauważyć. Grześ w pewnym momencie powiedział "Żeby to tak odpłynęło". I ja od razu się do tego przyczepiłam, zaczęłam drążyć, pytać, razem z Grzesiem zaczęliśmy sobie z tego żartować... i tak zostało. Także tak naprawdę to mój mąż to wymyślił, ja się podpięłam i zaczęłam swoją robotę... (śmiech). Teraz, gdy już swoje zrobiłam, oddaję łódź/boat" w przestrzeń publiczną, niech zaistnieje, pokaże nam jak się tworzy na nowo. To dalej mój projekt, ale moja rola się skończyła w momencie, gdy wypuściłam łódź/boat" na szerokie fale...

- Nie boisz się nadinterpretacji twojego projektu?

- Boję się wszelkich udziwnień, ale też nie lubię jednoznacznych podpowiedzi z cyklu "co artysta miał na myśli", zresztą ja nie chcę podpowiadać, że to jest a, b lub c. Nie chcę mówić ludziom, jak mają to czytać. Takie jasno określone, narzucone z góry analizy, budzą w ludziach niepokój. Bo znajdzie się ktoś, kto widzi to inaczej, niż ja. A to nie oznacza, że widzi on źle. Ty sam widzisz
w tym łódź podwodną, na co wcześniej nie wpadłam.

- Może jednak uda mi się uzyskać odpowiedź na pytanie: Jak ty czytasz "łódź/boat"?

- Na wielu płaszczyznach. Najważniejsza, to ta o której mówiłam: żart, taki gorzki żart. Bo możemy się już tylko z tego śmiać. Kolejny ważny aspekt, to aspekt społeczny - dla mnie jest to cios zadany w architektoniczną przestrzeń. Przed oknami wyrósł olbrzymi brzydal. Jest wiele miejsc w tym mieście, gdzie te brzydale wyrosły, gdzie rosną, i jak znam życie, nikt ich nie usunie
z krajobrazu, ale ten brzydal bez mała włazi mi codziennie do łóżka, codziennie go oglądam i ogarnia mnie niechęć to tego typu przedsięwzięć. A nadzieja, że to obrzydlistwo zniknie z moich oczu, to nadzieje pełna śmiechu...

- Ja też to czytam jako ścieranie się dwóch potężnych sił: czegoś trwałego i czegoś ulotnego, woda i ziemia, walka żywiołów. Użyta w twoim projekcie woda może być odczytana jako symbol oczyszczenia, podobnie jak
w "Dotleniaczu" Joanny Rajkowskiej.

- Oczyszczenia? (chwila namysłu). Oczyszczenia krajobrazu!Ale coś w tym jest, dlatego "łódź", bo łódź daje możliwość przepłynięcia, daje szanse nawet jednemu człowiekowi, że przewiosłuje swoją łódź dalej, dopłynie do celu albo odpłynie...a może zniknie z horyzontu...

- Na koniec pytanie z innej beczki, ale chyba jednak tej samej: czy jest dla ciebie sztuka?

- (bardzo długa chwila namysłu) Nie wiem... wiem, że jest dla mnie bardzo ważna, ale... Może pewna forma wypowiedzi, dialogu, a raczej monologu w moim przypadku. Widzisz są ludzie, których sztuka absolutnie nie interesuje, ja jestem na drugim końcu tego bieguna.

g-binczycki@gazeta.pl